Reklama

Jarosław Gucwa (Szpital w Bochni): „spowolnić rozwój całej tej epidemii!”

Pandemia zmieniła jego pracę wymuszając nowe sposoby dostosowania się do panujących warunków. Jego pracownicy, podobnie jak im podobni z całego kraju znajdują się tuż przy pierwszej linii walki z koronawirusem i w związku z tym narażeni są na ryzyko zakażenia. Bocheński Szpitalny Oddział Ratunkowy – popularny SOR. Jak toczy walkę z koronawirusem, jak minimalizuje zagrożenie? W czym upatrywane są nadzieje na końcowy sukces, a  gdzie niebezpieczeństwa rozlewu pandemii? O tym, ale i nie tylko rozmawialiśmy z zastępcą Dyrektora ds. Lecznictwa Szpitala Bocheńskiego –  Jarosławem Gucwą.

 

Marcin Kalinowski: Mówi się, że w pierwszej linii walki z koronawirusem jest przede wszystkim służba zdrowia. Jak podległa panu placówka, czyli SOR w Bochni daje sobie radę z tym wyzwaniem?

Jarosław Gucwa, zastępca Dyrektora ds. Lecznictwa Szpitala Bocheńskiego: Zmieniło się wszystko. Z jednej strony mamy przestraszonych ludzi. Jest takie powszechne przekonanie, że w szpitalu można się zarazić. W związku z tym obserwuję jedną rzecz: ludzie dłużej starają się wytrzymać w domu i trafiają do nas w ciężkim stanie z powodu chorób przewlekłych. Jest takie przekonanie, że „może przejdzie”… Z drugiej strony uległa całkowitej dezorganizacji metoda szpitali referencyjnych. Sporo oddziałów ma wyłączone telefony a przekazanie gdziekolwiek chorego na przykład z udarem graniczy w tej chwili z cudem. Spotykam się z takimi zaleceniami, że z drobnym udarem choremu będzie lepiej w domu niż w szpitalu. Dostęp do opieki specjalistycznej to jeden wielki problem. Drugi to taki, że ludzie – generalnie rzecz biorąc – często nie mówią prawdy. W związku z tym dwukrotnie potknęliśmy się tutaj o to, że zaprzeczali w ogóle jakimkolwiek czynnikom ryzyka, a tylko na tym jesteśmy w stanie się oprzeć. Później mieliśmy duży problem. Spora część personelu musiała trafić na kwarantannę gdyż nie było wiadomo czy nie uległa zakażeniu. W tej chwili – jak pan widzi – wszystkich traktujemy jako potencjalnie zarażonych. Stąd te środki ostrożności. Stąd też obsesyjne wręcz mierzenie temperatury. W związku z tym, że jest to wirus, który wywołuje takie objawy jak wszystkie inne wirusy górnych dróg oddechowych, czyli kaszel, gorączkę, teraz to, na co kiedyś machało się ręką, stało się śmiertelnym zagrożeniem.

Musieliśmy pracę na SOR-ze tak podzielić, żeby potencjalnie przeznaczyć jakąś część personelu na – mówiąc to w wielkim cudzysłowie – stracenie. Chodzi o to, aby w sytuacji, gdyby coś poszło nie tak, mniejsza część personelu musiałaby być wysyłana na kwarantannę. Inaczej po drugim, trzecim przypadku nie mielibyśmy kim pracować. Sam proces pracy z chorymi stał się nagle bardziej kosztowny. Do każdego człowieka z gorączką trzeba się odpowiednio ubrać. Trzeba zużyć – każdy może to sobie sprawdzić w Internecie ile – co najmniej dwa komplety fartuchów, dwa komplety rękawiczek, maseczkę, które później trafiają do rzeczy potencjalnie skażonych. Żaden szpital dotąd nie był przygotowany na tak duże zużycie środków ochrony osobistej. Co za tym idzie, jako że problem nie jest ograniczony tylko do jednego miasta, ani też do jednego kraju – pojawiły się kłopoty z zaopatrzeniem. Patrząc na to co się dzieje do tej pory, jestem umiarkowanym optymistą. Pomimo tego, że mieliśmy do tej pory dwa przypadki pacjentów dodatnich, to w toku późniejszej obserwacji zarówno pacjentów, którzy w tym czasie przebywali w SOR jak i personelu, okazało się, że nie było transmisji zakażenia. Czyli te środki które my podejmujemy, przede wszystkim to, że każdy pacjent musi być w masce w przypadku kaszlu i kichania, zapobiegły rozpylaniu aerozoli. Zrezygnowaliśmy również niemal zupełnie z leków wziewnych, to wszystko spowodowało, że udało nam się nie roznosić wirusa. Mam nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas taki stan się utrzyma.

Będzie to zależało od tego jak będzie zachowywało się całe społeczeństwo i jak będzie zachowywał się rząd. Z jednej strony podjął drakońskie środki ostrożności, ale z drugiej strony podał, że tylko do Wielkiej Soboty są obostrzenia dotyczące na przykład udziału w mszach (jeżeli rząd nie przedłuży obostrzeń, teoretycznie w Wielkanoc będzie można iść do kościoła bez aktualnego limitu pięciu osób – przyp. MK). W krajach, gdzie następowały takie nagłe wyskoki ilości zachorowań, wszędzie przyczyną była transmisja w jakichś obszarach, gdzie ludzie przebywali ze sobą przez dłuższy czas. Nie jest to oczywiście żadne odkrycie, wiadomo że jedna osoba nakaszle, a aerozol utrzyma się w powietrzu przez dwie i pół godziny. Reszta osób się nawdycha i … jest już posprzątane. Jeżeli w takim powiecie jak nasz, liczącym sto tysięcy osób, epidemia wystrzeli od razu, bez żadnych środków zapobiegawczych, to szpitale z tak zwanej pierwszej linii jakim jest Szpital Uniwersytecki w Krakowie zapcha się chorymi w jeden dzień i stanie się tak jak w Warszawie, gdzie jeden ze szpitali wysłał komunikaty, że nie przyjmuje już pacjentów z uwagi na brak wolnych miejsc. Przy takiej ilości powikłań i naszej ilości respiratorów, trzeba będzie rzucać monetą kto z piętnastu, szesnastu osób – bo tyle będzie przypadło osób na jeden respirator – zostanie podłączony do urządzenia a kto nie. Mamy wymóg dla naszego szpitala sześciu miejsc oiom-owych, czyli sześciu respiratorów na sto tysięcy mieszkańców. Dla porównania Niemcy mają ich około trzydziestu. U nich ta śmiertelność jest mniejsza, bo mają znacznie większe zasoby. My jesteśmy państwem biednym bez względu na to jak ktokolwiek by utrzymywał. Z niedoinwestowaną przez lata służbą zdrowia – mimo, że to zmienia się metodami gospodarczymi cały czas na lepsze, daleko nam do tego aby mierzyć się z krajami rozwiniętymi. Jedyną dla nas nadzieją jest spowolnienie rozwoju całej tej epidemii, żeby leczyć tych ludzi w dłuższym wymiarze czasu. W końcu dojdzie do ekspozycji… Mądrzy ludzie wypowiadają się różnie na ten temat. Jedni mówią, że to będzie 70% inni, że 40% populacji. Ten wirus jest tak krótko, że nie ma jeszcze wiedzy, aby przewidzieć jak ta epidemia może wyglądać. Najrozsądniej byłoby przygotowywać się na najgorsze i cieszyć się jeśli będzie lepiej.

Powiedział pan, że zapasy bardzo szybko się wyczerpują z powodu częstej ich wymiany. Z jednej strony trzeba się cieszyć, że społeczeństwo jest zwarte i chce pomagać, z drugiej… jak pan odbiera to, że tak naprawdę po tygodniu, dwóch walki z pandemią zaczęły się masowe ruchy oddolne, aby wspomagać służbę zdrowia szyciem maseczek?

Wie pan co – to jest cudowne, że ludzie takie rzeczy robią. Tylko, że w tym kraju wszyscy płacimy podatki. W tym kraju jest ktoś, kto odpowiada za wydawanie tych pieniędzy. Jeżeli okazuje się, tak jak popatrzyłem na wyniki badań, których w gazetach się nie pokazuje, że 17% wyników pozytywnych testów, które robimy to wyniki personelu medycznego, to znaczy, że personel medyczny po prostu nie ma środków ochrony osobistej. Za chwilę go zwyczajnie nie będzie bo się pochoruje. Jednocześnie w tym kraju można wydać 2 miliardy złotych na telewizję, czy zaplanować za chwilę wybory za 350 milionów złotych. To trzeba zadać sobie pytanie jakie są priorytety tych ludzi, na których płacimy podatki. Powinni być tylko zarządcami pieniędzy, które im powierzamy, a wykorzystują je tak a nie inaczej.

– Mówi się, że w pierwszej kolejności badaniom poddawane są osoby, które miały kontakt z zarażonymi oraz powracający z kraju dotkniętego epidemią. Co z pacjentem, który zgłosi się z objawami? Czy od razu zostaje odseparowany i poddawany obserwacji? Czy od razu wykonywane są testy?

– Sytuacja zmienia się z dnia na dzień. Do tej pory tych testów było tak mało, dostęp do nich tak trudny, że ludzi z objawami przeziębienia odsyłaliśmy do domu i sanepid miał ewentualnie pobierać wymazy od tych osób. Teraz kwarantannie poddana jest już jednak ogromna ilość osób, więc nie ma możliwości zbadać wszystkich.

– W całym kraju podobno da się wykonać ok. 7000 badań dziennie.

– Nie wiem, czy jest to prawda. W wojewódzkim oddziale w Krakowie do tej pory wykonywało się poniżej 200 badań dziennie (na całe województwo). Jeśli pomnożymy tę ilość przez szesnaście województw, to … .

To daje jedynie ok. 3200 przeprowadzonych badań.

– To by się zgadzało, ale trzeba podkreślić, że sytuacja powoli się poprawia. Mamy tutaj taką politykę, że od każdej osoby, która ma objawy co najmniej przez 7 dni, pobieramy wymaz. Dlaczego akurat w ten sposób? Jeśli pobierze się wcześniej, wynik może być niewiarygodny. Ktoś, kto uzyska wynik ujemny będzie żył w przekonaniu, że nie ma infekcji, a w rzeczywistości będzie zarażał innych. Bezpieczniej jest, żeby takie osoby pozostały w domu, ponieważ większość tych infekcji przebiega jak zwykłe przeziębienie. Istotne, by ludzie mający objawy zwykłego przeziębienia zostali w domu i trafiali do wymazu w siódmej, ósmej dobie. Jeśli jednak ktoś trafia do nas z objawami niewydolności oddechowej, w stanie ciężkim, pobieramy wymaz od razu. Staramy się takie osoby leczyć, izolować oraz ewentualnie pobierać później kolejny wymaz, aby mieć pewność, czy na pewno tej infekcji już nie ma. Mam nadzieję, że powoli dostępność testów będzie wzrastać. Pojawiła się dzisiaj nowa maszyna w Szpitalu Uniwersyteckim, testy przeprowadza także Szpital Wojskowy, więc tak jak deklarował dziś wojewoda, mamy zabezpieczoną ilość testów na około półtora tygodnia. Jak będzie później, to się okaże. Na pewno dostępność badań nie jest tak duża jak w krajach od nas bogatszych. Musimy się dostosować do tego, co mamy.

– W wielu przypadkach dotyczących zmarłych słyszymy, że cierpieli na choroby współtowarzyszące. Rozumiem, że to ma uspokoić społeczeństwo. Z danych, które znalazłem wynika jednak, że aż 10 mln Polaków cierpi na nadciśnienie tętnicze, wiele osób ma cukrzycę, także niewykrytą. Wychodzi na to, że zagrożona i tak jest połowa Polaków.

– Trzeba popatrzeć na statystyki. Jest to choroba wymyślona przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Umierają głównie osoby starsze. Co ta choroba powoduje? Niszczy różne narządy, ale przede wszystkim powoduje ciężkie zapalenie płuc. Jeśli ktoś jest młody, sprawny i wydolny, to z tym ciężkim zapaleniem płuc prawdopodobnie organizm sobie poradzi, natomiast gdy jest na granicy wydolności, zmaga się z niewydolnością serca lub ze słabą odpornością jak podczas cukrzycy, to przebieg choroby może mieć przebieg dużo bardziej powikłany, bo jego organizm będzie się bronił słabiej, a jednocześnie będzie w stanie znieść dużo mniejsze obciążenia. Patrząc na statystyki umierają przede wszystkim osoby w wieku podeszłym, obciążone innymi chorobami. Nieporozumieniem jest, co urosło już do rangi żartów i memów w Internecie, że szuka się przyczyny czyjejś śmierci w chorobach współtowarzyszących. Jeżeli wystąpią objawy wirusowego zapalenia płuc wiadomo, że to było bezpośrednią przyczyną zgonu, a nie to że ten człowiek miał cukrzycę czy chore serce.

– Powiedział Pan, że jest Pan optymistą jeśli chodzi o walkę z koronawirusem. Czy na chwilę obecną, te 10 [na moment przeprowadzania wywiadu – przyp. MK] zakażonych w powiecie bocheńskim, to wynik sugerujący, że nie należy na razie martwić się epidemią, czy też jednak trzeba zwrócić uwagę, że jest to jedynie oficjalna informacja, a rzeczywista ilość zarażonych może być znacznie wyższa? Na przykład we Francji szacuje się, że rzeczywista ilość zarażonych jest kilka razy wyższa, niż oficjalnie podana.

– Wystarczy porównać ilość przeprowadzonych testów w naszym kraju i choćby w Niemczech. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z naukowym podejściem do sprawy, ale patrząc na stosunek wyników, to mniej więcej co trzydziesty test daje wynik pozytywny. Gdyby dało się przeprowadzić więcej testów, to oczywiście więcej byłoby takich wyników. Co do tego nie ma żadnych złudzeń. Obecna ilość zarażonych wciąż jest niewielka. Kluczowa jest teraz postawa ludzi. To czy zachowają zasady Social Distancing. Jeśli nie będą się ze sobą kontaktować fizycznie, to zablokowana zostanie transmisja wirusa, a proces zakażenia ulegnie spowolnieniu. Trzeba mieć świadomość, że zdarzają się także bezobjawowi nosiciele, którzy sami nie odczują skutków zarażenia, ale mogą przenieść wirusa na innych. Minister Szumowski szacuje, że wciąż znajdujemy się przed momentem szczytowym epidemii, więc liczba zarażonych niestety będzie wzrastać, nawet jeśli zachowamy drastyczne zasady odosobnienia.

– Podsumowując: należy pozostawać w domu i z żelazną konsekwencją przestrzegać zakazów.

– Tak. Jeśli ktoś będzie miał objawy, to powinien pozostać w domu, zgłosić problem, poczekać kilka dni w domu i dopiero wtedy przyjechać na test. Wtedy powinien być on wiarygodny, natomiast każdy przypadek, gdy pojawi się duszność i ból w klatce piersiowej, należy zgłosić do szpitala. Ta infekcja potrafi rozwijać się szybko, więc nie można jej bagatelizować i liczyć, że coś się poprawi. Trzeba trafić tam, gdzie jesteśmy w stanie zrobić coś więcej, co oznacza dostęp do tlenu i ewentualnie do wentylacji. Niestety na koronawirusa nie ma na razie żadnego leku potwierdzonego badaniami. W prasie pojawiają się wprawdzie doniesienia o cudownych sposobach, a to o japońskim leku na grypę, a to o działaniu pochodnych arechiny, jednak w żadnym z nich nie udowodniono, że działa. Zabrakło czasu, aby przeprowadzić badania. To co pojawia się w prasie, to zaledwie obserwacje jakichś korelacji. Niestety, na razie poruszamy się jedynie w sferze przypuszczeń, że coś działa. Taką infekcję musi zwalczyć nasz organizm. Kiedyś już tak było w epoce przed wynalezieniem antybiotyków. Nie ma na tego wirusa szczepionki. Trzeba unikać zakażenia.