Reklama

Wybory. Mirosław Chodur – kandydat na senatora: „stać mnie na konsekwencję i upór”

Związany od lat z samorządem gminy Nowy Wiśnicz, Mirosław Chodur postanowił wystartować w najbliższych wyborach parlamentarnych do Senatu. Czym chciałby się zajmować jako senator? Jak widzi swoje szanse podczas wyborów? O tym wszystkim rozmawiamy z kandydatem na senatora – Mirosławem Chodurem.

 

Marcin Kalinowski, mojaBochnia.pl: Zdecydował się pan kandydować do senatu w najbliższych wyborach parlamentarnych. Co sprawiło, że po kilkunastu latach pracy na rzecz samorządu wiśnickiego chce pan zmienić optykę i bardziej zajmować się sprawami państwowymi niż lokalnymi?

Mirosław Chodur: No cóż, jeszcze z nikim się nie żegnam. Zdaję sobie sprawę z kim się mierzę, z jak dużym wyzwaniem. Najbardziej zależy mi, aby trafić do wyborców z przekazem, z tym co mam do powiedzenia. Pierwszym wyzwaniem było zebranie głosów poparcia, aby można było myśleć o czymś więcej, co się ostatecznie udało. Korzystając z okazji chciałbym serdecznie podziękować wszystkim osobom zaangażowanym w zbieranie podpisów.

Trochę to pesymistyczne podejście, nie uważa pan? Chodzi tylko o sprzedanie idei?

Nie nazwałbym tej postawy pesymistyczną. Jestem realistą, zdaję sobie sprawę z preferencji wyborców, poza tym jestem dla większości z nich osobą nieznaną. Wiem jak duże wyzwanie stoi przede mną – dotarcie z programem do kilkudziesięciu tysięcy osób, przekonanie ich, aby zagłosowali na kogoś sobie nieznanego, nie jest sprawą łatwą. To wszystko wymaga sporego zaangażowania i czasu, którego zawsze brakuje. Postaramy działać skutecznie w miarę posiadanych możliwości. Cały czas jednak z nadzieją, że z pozytywnym skutkiem.

Dzięki czemu miałoby się udać?

Nie traktuję tego w kategoriach „uda się” lub nie. Chciałbym poruszyć tematykę, która nurtuje mnie od kilku lat, jest to na pewno tematyka trudna i delikatna, szczególnie jeżeli chodzi o kampanię wyborczą. Z drugiej strony zadaję sobie pytanie: „jeżeli nie teraz, to kiedy?”. Pośrednio dotyczy on nas wszystkich, ale w obszarze, który tak naprawdę wypieramy z siebie do czasu aż się z nim bezpośrednio nie zetkniemy.

Domyślam, się, że chodzi o służbę zdrowia.

Służba zdrowia jest tematem bardzo rozległym, można w nim się zatopić i nie osiągnąć swoich celów. Mnie najbardziej nurtuje problem tego, że w Polsce ludzie muszą sami zabiegać o to, aby przeżyć w chorobie. Jest w naszym kraju spora grupa osób chorych, która nie uzyskuje świadczeń medycznych w takim wymiarze, w jakim powinny, w konsekwencji czego umierają one w świadomości, że można było przeżyć. Wystarczy spojrzeć w Internet, aby znaleźć wpisy typu: „pomóż mi”, „został mi miesiąc, dwa tygodnie czasu…”, „potrzebuję pieniędzy aby żyć” itd. To są dramatyczne apele i tak być nie powinno w kraju takim jak Polska. Te osoby powinny zająć się swoją chorobą, skupić się na walce z nią. Rodzice nie powinni się zastanawiać, czy zdobędą fundusze na ratowanie życia swojego dziecka. Sam fakt jego choroby, jest dla nich wystarczającym cierpieniem. Takie przypadki powinny być załatwiane punktowo, szybko i skutecznie przez państwo. Bez biurokracji, zbędnych procedur, z zaufaniem dla lekarza prowadzącego pacjenta. Skoro lekarz twierdzi, że dany lek czy terapia pomoże, to dlaczego musimy jeszcze trwonić czas, bardzo często wiele miesięcy, na uzyskanie zgody lub odmowy przez urzędnika? To nie są w skali kraju, ogromne pieniądze. Kilkaset milionów złotych na rok to nie jest obciążenie, którego nie moglibyśmy udźwignąć. Nie wiem jak toczą się dalej historie tych ludzi. W wielu przypadkach zapewne udaje im się zebrać brakujące środki i podjąć leczenie dające szanse na powrót do zdrowia im samym lub dziecku czy też członka rodziny, ale są i tacy, którzy nie dają rady. To bardzo duże obciążenie dla chorego, dla jego rodziny, która oprócz zmierzenia się z chorobą musi zabiegać u innych o pieniądze. Jeżeli nie uda się im zebrać pieniędzy, pozostają oni do końca życia w poczuciu, że zawiedli najbliższą osobę, nie podołali… Fakt braku finansowania ze strony państwa dostępnych metod leczenia ratującego życie jest prawnie usankcjonowaną, brutalną formą eutanazji.

Innym tematem jest generalnie sytuacja dostępności leczenia chorób nowotworowych w naszym kraju. Sytuacja pacjentów jest upokarzająca, zarówno dla nich jak i dla lekarzy, chcących ratować ich życie. Sam doświadczyłem obecności dwustu osób na 180 m2 poczekalni. Czy nie stać nas na budowę nowych szpitali, mając wiedzę o tym, że ilość chorych na nowotwory wzrasta? Odnoszę wrażenie, że jednak nas stać ale to po prostu się „nie opłaca”.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że większość z nas wierzy w tą narrację, którą jesteśmy karmieni przez kolejne rządy. Wierzymy, że akurat na ten cel nie ma pieniędzy, kiwamy głową ze zrozumieniem i się poddajemy.

Jaki pan ma na to pomysł?

Chciałbym uświadamiać osobom decyzyjnym w Warszawie, że takie sytuacje mają miejsce, że redystrybucja publicznych pieniędzy nie może być ukierunkowana jedynie na potrzebę ich reelekcji. Akurat w uświadamianiu stać mnie na konsekwencję i upór. Konsekwencję, dzięki której ten temat trafi do niektórych głów, w efekcie czego, być może, dojdzie do oczekiwanych zmian. Nie może być tak, że ludzie przychodzą do urzędnika mając przed sobą wizję życia lub śmierci, a ten mówi im, że nie może pomóc, powołując się na rozporządzenia odpowiedniego ministra, czy też na brak funduszy, skazując ich przez to na śmierć, albo, że dana choroba jest leczona w innym kraju, niestety ta forma leczenia nie jest refundowana w Polsce. Tyle… Jak to mówią „radź sobie Pan sam”. Jest mi znana sytuacja młodej kobiety, chorującej na raka piersi. Ta choroba to skomplikowana materia. Otrzymała lek, którego wartość wynosi załóżmy 100 tysięcy złotych, który powoduje zahamowanie postępów tej choroby. Następną dawkę leku powinna była otrzymać, aby leczenie było skuteczne, za pół roku. W rzeczywistości okazuje się, że dzięki przepisom lek jest refundowany tylko raz na dwanaście miesięcy. Moja interpretacja takiego przepisu jest dosyć brutalna, ale pozwolę sobie ją tutaj przytoczyć: „czekamy czy pacjent umrze, jeżeli jednak nie to pomyślimy co dalej”. Nieustanna walka. Są fundacje, które zajmują się wspieraniem osób znajdujących się w podobnym, niezwykle trudnym położeniu. W walce z biurokracją, z tym, aby otrzymać pieniądze na leczenie, ale to nie tak powinno wyglądać. To jest cała idea.

Z tą ideą chce pan startować do senatu?

Co może zmienić pojedynczy człowiek? Mimo, że nie stoi na uprzywilejowanej pozycji, okazuje się, że dużo. Zwłaszcza w punktowych problemach. Przykładem jest tutaj marihuana medyczna. Poseł Liroy wielokrotnie zabierał głos w tej sprawie, apelował i dzięki tej jego aktywnej postawie odniósł sukces. Oczywiście nie mam na tyle doświadczenia, abym mógł zapewnić wyborców, że to co planuję, uda się zrobić, ale też i mam w sobie na tyle życiowych doświadczeń, że jak mi się wydaje, mógłbym swoimi działaniami pomóc pomóc wielu osobom. Mógłbym też, jako osoba niezależna pomóc innym senatorom przezwyciężać mentalne bariery, podejmować tematy, których oni nie podejmą ze względu na aktualnie obowiązujący partyjny przekaz.

Mówimy tutaj tylko o trudnych przypadkach w służbie zdrowia, czy też o jej całkowitej reformie?

Całkowita zmiana systemu nie leży w gestii pojedynczego senatora. Tym bardziej kogoś, kto nie pochodzi z obozu aktualnie rządzącego. Zmiana sposobu działania systemu to zadanie dla rządzących. Oczywiście, będę wspierał wszelkie inicjatywy zmierzające do poprawy ogólnej sytuacji w tym obszarze. W moim przypadku chodzi o to, aby pomagać ludziom w ratowaniu ich życia. Jeśli ktoś ma umrzeć tylko dlatego, że usłyszy od odpowiedniej osoby o braku pieniędzy na leczenie, to właśnie w takich sytuacjach widzę swoją rolę senatora, z wykorzystaniem dostępnych narzędzi takich jak: interwencja, kontrola senatorska, zadawanie konkretnych pytań, interpelacje, być może konferencje prasowe…

Na pewno rozważał pan długo decyzję o starcie w wyborach. Co można było zaliczyć do czynników przemawiających za startem, jakie przeciwko?

Plusem jest możliwość działania i oddziaływania na otaczająca nas rzeczywistość a w szczególności możliwość podjęcia próby pomocy w opisanych wcześniej ekstremalnych przypadkach, kiedy trzeba „skruszyć beton”. Minusem jest z pewnością wpływ polityki na życie osobiste. Gdyby zaszła taka okoliczność, trzeba byłoby wiele spraw przeorganizować.

Będąc niezależnym kandydatem na senatora musi pan zmierzyć się organizacyjnie i finansowo z kampanią.

Tak, oczywiście. Stąd wynika nie tyle mój pesymizm, co realizm. Sam fakt, że osoby startujące z komitetów partyjnych nie muszą się tak naprawdę zajmować się zbieraniem głosów, ale skupić się wyłącznie na kampanii. Ten etap już na szczęście za nami. Mnie to nie zraża, chciałbym, żeby przekaz trafił do jak największej grupy wyborców. To nie jest tak, że temat o którym mówiliśmy urodził się niedawno. Próbowałem zajmować się nim innymi metodami, starałem się dotrzeć do osób z pierwszych stron gazet. Każdy, kto śledził moją aktywność w mediach społecznościowych zauważył moje wcześniejsze spostrzeżenia dotyczące tej kwestii. Nie udało się wtedy, teraz chcę spróbować w innej formie. Oczywiście jako senator, przedstawiciel społeczności lokalnej, będę również starał się godnie ją reprezentować i nie zawieść wyborców, którzy mi zaufają. Mam spore doświadczenie zawodowe, samorządowe i życiowe, uważam, że mogę wnieść coś pozytywnego w pracę senatu na wielu obszarach jego działalności.